Czy psom to do szczęścia potrzebne oraz niektóre sprawy techniczne naszej podróży.

on

Pisze do mnie sporo osób, to znaczy bardzo dużo jak na moje życiowe doświadczenie z posiadaniem strony www i fanpage na Facebooku. Jest też sporo komentarzy, znowu szokująco dużo jak na internetową działalność mojego autorstwa. I to jest wzruszająco piękne, bardzo jeszcze raz chciałam wszystkim podziękować za te wszystkie miłe i fajne słowa i prywatne wiadomości i komentarze pełne słów otuchy i zainteresowania. Chcecie pomagać, wysyłać mi prezenty, a może, o czym nawet nie śniłam, będziemy mieć jakichś małych sponsorów, tfu partnerów wyprawy. Jest tyle dobra na świecie, które od was przychodzi, że na spacerze w lesie poczułam prawie fizycznie jak ono na mnie spływa i aż musiałam usiąść. Bo ja zawsze myślałam, że jestem tą osobą, której ludzie nie lubią, bo zupełnie nieświadomie jest niesamowicie irytująca. Wiecie, ta której lepiej nie wybierać do grupy na wf bo boi odbić podkręconą piłkę, albo ta, z którą najlepiej nie być w grupie na referat z biologi, bo wiadomo, że nie przyjdzie na biologię bo to pierwsza lekcja a ona zaśpi przyjdzie na 5 lekcję. Ale jednak!

I pytacie o różne rzeczy takie jak czy jadę tam sama, jak przygotowuję psy, czy będą lecieć samolotem oraz było, na szczęście tylko jedno (bo jestem za wrażliwa na awantury w internecie) pytanie o odpowiedzialność i to czy psom jest do szczęścia potrzebne.

No więc, żeby było ładnie i czytelnie prawie jak w Excelu zrobię tu punkciki i je pogrubię, a kwestię bycia odpowiedzialnym wobec swoich psów zostawię na koniec.

  1. Czy jadę tam sama.

Nie. Jadę tam ze swoim chłopakiem, który również jest podróżnikiem i to jeszcze bardziej hardcorowym niż ja, bowiem podróżuje na rowerze od kilku lat. Nawet w trakcie podróży się poznaliśmy, w jakże malowniczej Armenii. Później się rozdzielamy, bo każde z nas kocha podróżować samotnie, a w ogóle to, aby nie zwierzać się już z życia prywatnego, powiem że wyznajemy zasadę, iż nie można zaplanować niczego na dłużej niż 3 miesiące, więc najpierw jedziemy do Izraela a potem pożyjemy, zobaczymy. Tę zasadę polecam wcielić w życie każdemu, kto jeszcze się nie zorientował, że ona jest prawdziwa i co byście nie zrobili to się sprawdzi.

Jakbyście chcieli poczytać o jego podróżniczych przygodach, a zjeździł cała Europe i kawałek Azjii na rowerze przez ostatnie 2 lata to jest wszystko tu i on w przeciwieństwie do mnie nie robi zdjęć laleczek bez oczu i napisu „anal” na murze cmentarza, tylko takie konkretne jak są w rzeczywistości, to znajdziecie wszystko tu:

https://www.facebook.com/Reneradelt-629757930488132/

Nawet gdybym chciała przejść sama Israel National Trail z dwoma psami, ba, nawet z jednym, nie było by to możliwe. Oczywiście, po opuszczeniu etapu pustyni było by możliwe, ale to jest ten najciekawszy i najbardziej wymagający etap. Dlaczego? Są tam miejsca, gdzie po prostu trzeba się trochę powspinać tudzież wejść po takich drabinkach na skałach kilka metrów. To są właśnie te miejsca, gdzie trzeba psa wciągnąć na specjalnych szelkach na linie, ewentualnie na tychże szelkach powiesić go sobie na przodzie korpusu i z nim wejść(nadal nie wiem, którą opcję wybiorę). Druga sprawa to woda. Ze szlaku na pustyni można zejść jakoś co 2 dni, iść do wioski, do sklepu itp. Poza jednym etapem gdzie nie można przez jakieś 5. Oczywiście da się tam dojechać dobrym autem z 4×4, i tak też robią ludzie u których zamawia się wodę, którą to nam zakopują gdzieś w ziemi podając współrzędne. Możliwe, że będziemy musieli z tego skorzystać, bo bardzo ciężko jest nieść tyle litrów wody dla dwóch osób i dla dwóch psów. Szczególnie na kilka dni. To są właśnie te problemy, których nie da się przeskoczyć, jakkolwiek silnym by się nie było. Może z małym pieskiem by się udało, ale nie z dwoma sporymi.

No i kolejny powód dla, którego cieszę się z czyjegoś towarzystwa są polujące w nocy na pustyni hieny, które dra się cały czas. Podobno. Jeśli ktoś z Was miał przyjemność być kiedyś w zoo w okolicy śmierdzących klatek z tymi dziwnymi zwierzętami i słyszeć ich potworny śmiech to wie o czym mówię. Na prawdę wolałabym juz chyba, żeby po pustyni śledził mnie z nożem Ronald MacDonald.

2. Przygotowanie fizyczne psów. Oraz przygotowanie taktyczne w postaci sprzętu.

Wyjazd ten nazywam ekspedycją. Nie, żeby to było coś wyjątkowego, niesamowicie szalonego, bo ludzie robili bardziej szalone i niebezpieczne rzeczy. I nie jest to ekspedycja na biegun północy czy chociażby w himalaje.

Nazywam go ekspedycją, bo się czuje jakbym była organizatorem właśnie jakieś cholernej ekspedycji na cholerne Mount Everest! Nie będę tu pisać o cenach, ale najpierw okazało się, dzięki mojemu chłopakowi, który ma w tym doświadczenie, bo ja bym zabrała namiot, kocyk i jeansowe shorty, że muszę kupić następujące rzeczy, które wymienię w następnym zdaniu, żeby wam się nie pomylił szyk. No więc buty do wspinaczki, nie można iść przecież w japonkach (szkoda), namiot (szukanie namiotu dla dwóch osób i dwóch psów, który do tego ważyłby 2 kg to zadanie niewykonalne jeśli się nie ma na niego 5 tysięcy złotych, więc stanęło na namiocie za 150 zł, który wazy 3 kg i psy będą spały trochę tak jakby pół na zewnątrz), karimacie, plecaku, który wszystko pomieści, jednych spodniach krótkich i jednych spodniach długich, które były by bawełniane aby na tyłku nie porobiły się paskudne czerwone krosty, które doleczyć może tylko maść z antybiotykiem, po którą trzeba iść do lekarza. Trzeba mieć też bieliznę termiczną, dobre skarpety (wiecie, że skarpety mogą kosztować 100zł? dla kogoś komu zawsze mama kupowała na bazarku skarpety za 5zł, to jest szok życia), latarce nakładanej na głowę, nie mówię już o zamianie 200 książek na jednego Kindla, powerbanku, kurtce małej acz ciepłej składanej do rozmiaru tenisowej piłki. Nawet już wszystkiego nie pamiętam i powiem wam, ze mam trzy listy, jedną na kartce, druga na komórce, do której jak sobie coś przypomnę to dopisuję i trzecią na laptopie.

Ze swoich rzeczy prawie wszystko mam. Teraz pozwólcie, że przejdę do wyposażenia psów. Bo trzeba kupić dwa transportery prawie największego rozmiaru do samolotu, trzeba mieć szelki do których będą przyczepione plecaki dla psów, żeby sobie nosiły trochę jedzenia i wody aby nas odciążyć, przydały by się buty, a kupić 8! psich butów porządnej jakości to już jest nie lada przykrość dla portfela, trzeba mieć składane miski, jakieś kocyki, ale żeby były lekkie i żeby były małe, może dobrze by było mieć coś jak kurtka odbijająca promienie słoneczne, ale tu problem jest jak ja założyć pod ten cholerny plecak na wielkich szelkach, trzeba mieć jeszcze dwie smycze z amortyzatorem, które przypinamy do siebie no i najważniejsze- jedne szelki do wciągania psów na linie, które jeśli kupić je w firmie Ruffwear a chyba tylko oni coś takiego mają, to kosztują 500zł.  Nie wiem czy o czymś nie zapomniałam, bo nie korzystam teraz z moich 3 list.

I wszystko musi być małe i lekkie, bo dobrze mieć maximum 10 kg w plecaku łącznie z wodą i jedzeniem, a plecak waży jakieś półtora, czyli na moje rzeczy zostaje jakieś 2 kg, w tym kilo waży lustrzanka.

Teraz zabawna anegdota. Bo jak mój chłopak powiedział mi o tych nieszczęsnych hienach, co przeczytał na jakimś blogu to ja od razu wpadłam w panikę, że Jax będzie szczekał (on bardzo dużo lubi rozmawiać) w nocy i nie będzie spał. A jak nie będzie dużo spał to się nie zregeneruje i po 3 dniach będzie przemęczony co go wykluczy z wyprawy. No więc wpadłam na pomysł, aby zabrać takie ziołowe tabletki na uspokojenie może na pierwsze dni na tej pustyni, na jakby co. Kluczem do rozumienia tej anegdoty, jest fakt, że się z moim chłopakiem porozumiewamy po angielsku, bo ja nie mówię po niemiecku a on po polsku (poza słowami kiełbasa, kapusta, kobieta). I ja mam w języku angielskim takie zestawy słów, które zawsze ze sobą mylę jak w polskim złoty i srebrny czy sukienka i spódnica. Więc tymi zestawami są słowa invite-invent oraz pill i pillow. I któregoś dnia się strasznie pokłóciliśmy jak mu zaproponowałam mój pomysł na hieny, powiedział, że to jest głupie, że ja nie mogę brać takich ciężkich dużych rzeczy, że jak ja to zamierzam nosić, a ja na to, że jest egoista i mu nic nie pasuje co ja zaproponuje i wszystko, po prostu wszystko jest cholernie za ciężkie to może ja nie wezmę nic poza woda i paszportem? Po czym przeprosiliśmy się z jeszcze trochę obrażonymi minami i mój chłopak powiedział „Sorry, but this herbal pillows are too big”. Jakby ktoś jeszcze nie zrozumiał żartu, to powiedziałam, że chce wziąć herbal pillows, żeby psy dobrze spały jak będą hieny polować z tym swoim złowieszczym śmiechem. Więc wtedy mu wyjaśniłam, że chodzi o pills i powinien wiedzieć, że dla mnie to są te same słowa bo się już trochę znamy, na co on, że na prawdę istnieją takie ziołowe poduszki jak ktoś ma problemy ze snem, w środku są jakieś zapachy lawendy i tak dalej, co pomaga ci się zrelaksować. Także jakby ktoś potrzebował na problemy ze snem, to może sobie kupić.

Przygotowanie fizyczne psów natomiast jest takie, ze moje psy są bardzo umięśnione i sprawne jako, że całe swoje życie trenowały agility oraz dużo sztuczek, bardzo dużo pływają, biegają i w ogóle. Małym problemem naszego zespołu jest Haj, który jest bardzo mądrym młodzieńcem kiedy się uczy, ale tak na codzień poza pracą, można powiedzieć, żeby nikogo nie urazić, że trochę mu brak ogłady i rozumku. Mianowicie on bardzo lubi się ścigać i jako, ze jest jeszcze 2 letnim border collie to lubi też tę zabawę w pasienie innych psów, która jest zabawą niezwykle głupią i zwabiającą ciekawskie spojrzenia przechodniów w parkach i lasach. Otóż zanim puścisz psa ze smyczy to jego życie od momentu wyjścia z domu jest najpoważniejsza misją na świecie, aby z ogonem pod dupą w pełnym spięciu ciała zaciągnąć cię do miejsca odpięcia smyczy (miejsca te bardzo szybko zapamiętują). Po odpięciu misja przybiera kolejny poziom i haj znajduje się właśnie w Irlandii na wielohektarowym zboczu i z największym zaangażowaniem gna przed siebie aż znika Ci z oczu. On tam sobie czeka za zakrętem, skupiony oczekuje na przyjście swojego stada zastępczych owiec. czasami jak się zaniepokoi, że jeszcze nie doszliśmy to przybiegnie, ale tylko po to, żeby ugryźć Jaxa w dupę i ścigać się z nim znowu na dystans. I tak cały spacer. Można nim łatwo sterować, wystarczy jeden ruch stopy w lewo lub w prawo i on zmienia kierunek biegu… Oczywiście przychodzi zawsze na pierwsze wołanie, jednak sam z siebie po prostu lubi kontrolować sytuacje z odległości 20 metrów…Ja już specjalnie z tym nie walczę, bo Jax też tak miał i mu przeszło jak trochę dojrzał co nastąpiło jak miał ponad 3 lata. Niestety został Hajowi do tego jeszcze rok a wyruszamy za miesiąc. Problemem w takiej borderowej zabawie jest to, że ona go nie męczy, on tak może cały spacer, ok trochę się uspakaja po pół godziny, ale nie jakoś, żeby szedł tak sobie spokojnie blisko ciebie. Także ja bym nie chciała odpiąć smyczy na pustyni i żeby Haj tak pobiegł przed siebie w 40 stopniowym upale a po pół godziny dostał zapaści. Na taką wyprawę nie są potrzebne tylko mięśnie, ale też odpowiednie dysponowanie zasobami energii, których Haj nie posiada. On żyje cały czas na nielegalu, wiecznie na krawędzi, rap i imprezy do rana. Druga sprawa, to jednak moje psy są przyzwyczajone do krótkiego, ale intensywnego wysiłku jakim jest agility i inne psie sporty. Oczywiście też spacery po lesie i pływanie, ale to nie jest bardzo regularne i codziennie. A tam będą musiały iść codziennie po 10 km, czasami 8 czasami 15. Będziemy kłaść się bardzo wcześniej, wstawać ze wchodem słońca, iść, potem o 11-12 robić kilkugodzinną przerwę ze względu na upał i po fali upału znowu iść, aż do zmroku.

Dlatego od tygodnia codziennie robimy sobie wyprawy. Zaczęliśmy od 5 potem 7, 8,10 i 13 km ostatnio. Chodzimy po lasku bielańskim w kółko a ostatnio doszliśmy 13 km do Starych Babic. Psy prawie cały czas idą na szelkach na smyczy, puszczam je na siku i wodę co kilka kilometrów. Ja noszę coraz cięższy plecak, na razie doszłam do 6 kg, czekamy na plecaki dla psów i psy będą także nosić plecaki stopniowo zwiększając im obciążenie. Musimy dojść do 12 kg plecaka dla mnie, po 2 kg na każdego psa i 13 km. Muszą się przyzwyczaić do długich dystansów i dysponować swoją energią mądrze.

3. Czy psom to jest potrzebne do szczęścia oraz bycie odpowiedzialnym.

Tak, to jest punkt, który siedzi mi z tyłu głowy cały czas. jednak wiem, że ludzie z psami podróżowali w bardziej niebezpieczne i nieodkryte miejsca i te psy żyjż i mają oraz miały się świetnie. Gdybym nie znalazła takich osób, pewnie nigdy bym się nie odważyła zabrać psów na taką wyprawę. Staram się maksymalnie dobrze przygotować. Wszystkie szczepienia i formalności to nie koniec. Odrobaczenie, zabezpieczenie przed kleszczami itp, przed robaczycą serca, która w takich krajach podobno jest bardziej popularna niż kleszcze. Mamy wspaniałego weterynarza, z którym jestem cały czas w kontakcie. Zabiorę ze sobą leki, na wypadek zatrucia, stanów zapalnych, ran, zabiorę nawet zestaw do szycia ran i przed wyjazdem nauczę się o pierwszej pomocy dla psów. Rozmawiamy cały czas z osobami, które znamy w Izraelu i mamy kilka miejsc, gdzie możemy spać, gdzie ktoś może nam pomóc. Muszę mieć zapas gotówki na wypadek gdyby potrzebny był weterynarz. Jesteśmy maksymalnie dobrze przygotowani reszta to kwestia rozsądku i szczęścia. Jeśli cokolwiek stanie się psom, nie muszę kontynuować etapu pustyni ani żadnego innego. Nie idziemy na rekord tylko dla przyjemności .Także z pustyni można co dwa dni zejść, można tam dojechać autem w bardzo trudne miejsca, to nie jest środek Sahary. Jeśli będę widziała, że psy sobie nie radzą, że się stresują natychmiast zejdziemy ze szlaku i przetransportujemy się na koniec pustyni i zaczniemy po prostu ten łatwy etap. Prawdopodobnie wykupimy dowóz wody, więc będziemy zabezpieczeni i tu.

Oczywiście stresuje się tymi cholernymi nocnymi hienami, jednak one wychodzą tylko w nocy i nie polują (raczej) na ludzi, jako że pustynia jest w 90% rezerwatem przyrody, psy musza tam iść na smyczy oraz spać możemy tylko na wyznaczonych na szlaku miejscach do spania. Na początek planujemy spędzić kilka dni w miejscu bardzo blisko pustyni, gdzie jest darmowy kemping i można rozbić tam namiot. Chcemy przystosować psy do spania w namiocie, bo niestety nigdy nie miały takiej możliwości, a teraz jest za zimno w nocy aby tego spróbować. Jeśli nie będą spały w nocy przez te zwierzęta, to także nie będziemy ich męczyć i zejdziemy ze szlaku albo wybierzemy tę łatwiejsza drogą, która co prawda zabiera ci najlepsze widoki, ale można spać w hostelach i hotelach. Jest dużo opcji, Izrael to kraj bardzo cywilizowany, a ten szlak jest wybierany przez setki turystów od ponad 30 lat. Można go zrobić cały na raz albo etapami, co robi sporo starszych, mniej sprawnych fizycznie ludzi. Jest tam opieka weterynaryjna na dobrym poziomie. I już nic więcej nie mogę zrobić. Mogę zostawić psy tu, ale ja nie chcę wracać do Polski, chcę podróżować a psy i podróże są całym moim życiem i wierzę, że da się to połączyć. Nigdy bym ich nie zostawiła, ale też nie chce wracać do starego życia. To nie wchodzi w grę i decyzja jest podjęta ostatecznie.

Uważam, też ze psy są dla mnie i ja jestem dla psów, a nie tylko ja jestem dla psów i muszą całe życie podporządkować ich wygodzie, w cywilizowanym europejskim księstwie polskim. Psy od wieków pracują dla człowieka, podążają za nim w różnych warunkach. I można zapytać po co brać psa niebezpieczne dla zdrowia miejsce. A czy w Polsce nie ma na przykład kleszczy, gdzie babeszjoza od lat zbiera żniwo i pomimo zaawansowanej pomocy i zabezpieczeń psy umierają? Psy wpadają pod koła aut w dużych miastach i umierają,  a bywa że twojego psa pogryzie inny pies w parku i go zabije albo kontuzjuje go tak, ze nie pozbiera się z tego przez rok. Psy zrywają więzadła biegając sobie luźno po parku, stają na rozbite butelki. Nie można ich ochronić przed wszystkim, cokolwiek byśmy nie robili. Każde miejsce ma swoje niebezpieczeństwa i ciężko je porównywać. Moje psy nie jedzą śmieci a jeśli będą chciały napić się wody z kałuży, na jedno moje słowo zaprzestaną tego (poza tym, fajnie by było jakby na pustyni były jakieś kałuże)

Teraz będzie może trochę przewrotnie, o tym co jest psom do szczęścia potrzebne. Czy są tym psie sporty a w szczególności zawody? Ja psie sporty uwielbiam i po to w sumie brałam te dwa border collie i trenowałam regularnie i nawet trochę startowałam w zawodach. Ale czy nie można tego porównać? W końcu lecę z psami samolotem z mojego widzimisię, bo chcę podróżować i zrobić jakiś głupi 1000 km szlak w ciepłym, obcym kraju. I bedą miały stres, bo samolot, bo nowe miejsce. Więc powiedzcie mi, czy jest im bardziej do szczęścia potrzebne skakanie przez hopki, bieganie po kładce kilka razy w tygodniu, co naraża je na niezliczone kontuzje i upadki?

foto: Jola Konieczko

A jak wygląda kwestia zawodów. Zawodnicy prawie co weekend (lub chociaż raz w miesiącu)w sezonie jeżdżą do innego miasta albo kraju, pokonując autem (albo samolotem jak w przypadku chociażby MIstrzostw Świata czy zawodów w USA) kilkaset kilometrów przez kilka lub kilkanaście godzin. Przy jadą wtedy w klatkach, blisko innych często obcych psów. Śpią potem w obcym hoteliku i bladym świtem jadą na zawody. Miejsce zawodów jest im obce, często jest to hala sportowa. Panuje tam okropny hałas, z głośników lecą zapowiedzi i czasami muzyka, inne psy ciągle szczekają. Siedzi się na tych zawodach od 7 do 17 czyli jakieś 8-10 godzin. Aby wejść na swój start, których ma się 3-5 i każdy trwa 30 sekund, trzeba przebić się przez tłum obcych psów i ludzi. Potem pies biegnie na dużych emocjach, idzie na siusiu i wraca do klatki. I w tej klatce najlepiej, żeby spał, w tym hałasie, gdzie obok klatki ktoś ciągle chodzi, jakieś psy i ludzie. I tak dwa dni, a potem powrót do domu.

Ja tego nie potępiam, bo sam to robiłam i bym robiła, ale uważam, że to jest tak samo psu do szczęścia potrzebne jak podróżowanie. Przecież nie musimy ich ciągać po zawodach, niekiedy samolotem na inny kontynent, możemy trenować sobie, do tego aby było bezpieczniej na niskich hopkach, na tym samym terenie i chodzić na spacery do lasu czy nad jezioro. NIe widzę różnicy między ciąganiem psa tam a ciągnięciem go do innego kraju, bo mamy ochotę po nim pochodzić i spać pod namiotem. Dalej, czy psy tak strasznie luba żyć w śmierdzącym, hałaśliwym mieście, jeździć metrem i conajmniej dwa razy w roku słuchać fajerwerków. Moje się przyzwyczaiły i wiele innych. I wiecie dlaczego mamy te psy w mieście i ciągamy je na zawody sportowe? Bo psy są dla nas.

Tak, uważam, że to wszystko jest dla nas, nie dla psów, ale psy są dla nas, musimy tylko zapewnić im maksimum możliwej opieki. Jeśli komuś wydaje się, że odpowiedzialnym właścicielem można być tylko w Europie zachodniej i centralnej, mając auto i mieszkanie, to myślę, że jest w błędzie.

I może się tak usprawiedliwiam, ale wierzę że moje psy będą szczęśliwe jak będą szły tam gdzie ja idę, jak będą ciągle ze mną na łonie natury, a przede wszystkim kiedy ja będę szczęśliwa i uśmiechnięta, a nie smutna i znerwicowana. Dlatego nie mogę się teraz zatrzymać i zrobie wszystko, co w mojej mocy aby nam się udało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *